Nie wiemy, ile jemy. Recenzja książki “Beztroskie Jedzenie” Briana Wansinka
Nie miejcie złudzeń, że panujecie nad tym, co jecie – mówi jasno i wyraźnie autor „Beztroskiego Jedzenia” – amerykański psycholog odżywiania, inicjator wielu ciekawych eksperymentów z dziedziny psychodietetyki. Oryginalny tytuł książki to „Mindless Eating”, a więc nie tyle beztroskie, co wręcz bezmyślne jedzenie.
Ileż to razy czytaliśmy i słyszeliśmy, że tyjemy przez „te złe koncerny spożywcze”! Przywykliśmy do myślenia, że „bezduszni kapitaliści” tuczą nas na swój własny użytek, a my – konsumenci – jesteśmy wobec nich zupełnie bezbronni. Brian Wansink przyznaje, że nie mamy szans wobec pudełka czekoladek, zwłaszcza jeśli jest ono w zasięgu naszego wzroku i na wyciągnięcie ręki. Okazuje się jednak, że wystarczy czekoladki schować w szafce oddalonej o parę kroków, a my zamiast o jedzeniu, będziemy myśleć o pracy, a po czekoladki sięgać będziemy znacznie rzadziej. Nie jest to oczywiście przełomowe odkrycie, ale kto z nas na co dzień o tym pamięta?
Dzięki temu, że Wansink przeprowadził dziesiątki podobnych, trywialnych zdawałoby się, eksperymentów, zebrał wiedzę, która pozwala na skorzystanie z tzw. marginesu bezwiedności. Chodzi o triki, które możemy stosować sami wobec siebie, aby bez uszczerbku dla odczuwanej przyjemności z jedzenia, a co za tym idzie – z życia, ograniczać liczbę spożywanych kalorii i zupełnie niepostrzeżenie chudnąć czy trzymać linię.
„Beztroskie Jedzenie” zawiera opis wielu fascynujących, ale też wprowadzających w zakłopotanie, doświadczeń, które dowodzą, że w żadnym razie nie możemy polegać na swoim żołądku i oczekiwać na wysłanie przez niego sygnału „dość jedzenia”. Lepszym doradcą jest wzrok, ale i on może nas zawieść. Jeśli jemy z talerza, do którego podłączona jest rurka uzupełniająca ilość zupy w niewidoczny dla nas sposób, to zjemy nieprzyzwoicie dużo. Mimo że jedzenie samotnie wydaje się strasznie smutne, to ma ono swoje plusy. Solo jemy mniej, we dwoje już o 20% więcej, a w towarzystwie 7 osób przekroczymy normę nawet o 80%. Identyczne posiłki, ale pod różnymi nazwami, będą nam różnie smakowały. „Kurczaka z grilla” ocenimy niżej i zjemy go mniej niż „delikatnego grillowanego kurczaka”. Podobnie będzie z „kurczakiem z parmezanem” i „domowym kurczakiem z parmezanem” oraz „budyniem czekoladowym” i „satynowym budyniem czekoladowym”. Jesteśmy wrażliwi na nazwy geograficzne (np. toskańska potrawka), nostalgiczne (babcine ciasteczka), zmysłowe (aksamitna panna cotta), markowe (nawet jeśli tą marką jest KFC).
Ola Lazar
Wydawcą książki “Beztroskie Jedzenie. Dlaczego jemy więcej, niżbyśmy chcieli?” jest MiND Dariusz Syska.
Prasówka (01.09.2010)
- Porcja płatków śniadaniowych zawiera tyle cukru, co jeden pączek – taką informację podał kanał Channel4, po czym został zaskarżony do Ofcomu (brytyjskiego regulatora mediów) przez Nestlé i Kellogga. Ofcom zażalenie oddalił. Więcej na wyborcza.pl.
- 23 sierpnia 2010 r. w wieku 66 lat zmarł Michel Montignac – popularyzator diety polegającej na nie łączeniu określonych pokarmów, przede wszystkim węglowodanów i tłuszczów, w ramach jednego posiłku. Dieta, nazywana popularnie Metodą Montignaca, zyskała dużą popularność we Francji oraz innych krajach europejskich, w tym też w Polsce. O śmierci Montignaca poinformowała jego córka Sybille. Przyczyna zgonu nie została podana do publicznej wiadomości.
- Jesteśmy dumni z polskich napitków i słodyczy. Taką niezobowiązującą i optymistyczną tezę można wysnuć na podstawie wakacyjnego quizu, jaki zorganizowała redakcja Pulsu Businessu na Facebooku. Pytano w nim o marki, z jakich jesteśmy dumni. Oto 10 produktów, które są dumą Polaków (a przynajmniej tych z Facebooka):
1. Żubrówka – alkohole
2. Wyborowa – alkohole
3. Wedel – wyroby cukiernicze
4. Solaris – transport
5. Belvedere – alkohole
6. Vistula i Wólczanka – odzież męska
7. Żołądkowa Gorzka – alkohole
8. Ludwik – środki czystości
9. Lech – alkohole
10. Melex – transport
ex aequo – Dr Irena Eris – kosmetyki
ex aequo – Żywiec – alkohole
- Najdłuższą pizzę na świecie upieczono w Krakowie.
Pizza miała długość 1100 m, do jej przyrządzenia zużyto 1,500 litrów sosu pomidorowego, 1600 kg mozzarelli i 4 tony mąki. Na miejscu byli mierniczy z Księgi Rekordów Guinnessa, którzy potwierdzili, że odebraliśmy pierwszeństwo Włochom z toskańskiej miejscowości Massa.
Azja w Śródmieściu, Pho na talerzu
Wietnamskie knajpki z terenu dawnego Stadionu Dziesięciolecia migrują do Śródmieścia. Zupa Pho, jedno z najpopularniejszych azjatyckich dań, kandyduje nawet do miana warszawskiego specjału w ramach akcji Polska je je je. Przemierzamy jej tropem centrum Warszawy.
——–
Podczas przechadzki ulicą Chmielną, od pasażu Wiecha i budynku działającej jeszcze niedawno Galerii Centrum (o której będziemy pewnie jeszcze długo mówić Domy Centrum – przynajmniej moje pokolenie i ciut młodsze), możemy zaobserwować, jak dawna ulica handlowa zmienia się stopniowo w trakt gastronomiczny. W to mi graj. Mijamy więc lepsze i gorsze, droższe i bardziej dostępne punkty kulinarne, aż dochodzimy do Toan Pho, zlokalizowanej pod numerem 5/7 (vis a vis pracowni szewskiej Kielmana). O lokalu zrobiło się głośno w działach kulinarnych Bardzo Poważnych Mediów od czasu publikacji recenzji pana Macieja Nowaka w „CJG”, ale popularnością cieszy się też i na Gastronautach. Wnętrze przypomina pewnie stołówkę w Hanoi, ale mnie nie przeszkadzają mało “trendy” stoliki i kafelki w typie szpitalnym. Tu przychodzi się dla Pho. Znawcy i Wtajemniczeni twierdzą, że lepszej nie znajdziemy nawet w… Paryżu. Obsługa – bardzo sympatyczni i uśmiechnięci Wietnamczycy – i stojący obok lady ołtarzyk „pomyślności” to klimatyczne dodatki do dań.

Zupa Pho w Pho Toan na Chmielnej, Warszawa
Możemy zamówić kilka wersji Pho, mnie uwiodła propozycja z pieczonym karpiem. Nie lubię zamawiać zup w restauracjach, bo zupa to swoista „rodzinna” sprawa, jednak Pho to zupełnie inna sprawa. Najpierw patyczkami rozprowadzam delikatnie odrobinę pasty z chilli i dolewam kilkanaście kropel octu z czosnkiem. Odczekuję chwilę, żeby pozwolić zapachowi dotrzeć do moich nozdrzy i, gdy sygnał z mózgu spowoduje wydzielanie śliny, zabieram się do jedzenia. Pałeczkami wybieram lepsze kąski ryby lub mięsa na zmianę z makaronem sojowym. W ostatnim akcie wypijam doskonały bulion wprost z miski nie zważając na zaskoczone miny innych klientów Toan Pho. Uwaga, zupa grozi poparzeniem zmysłów – w przenośni i dosłownie.
Stosunkowo niedaleko, bo na ulicy Widok, mniej więcej pośrodku, znalazła swoje nowe miejsce DU-ZA MI-HA. Właściciele zaanektowali ciekawie urządzony lokal po barze sushi. Stoliki wbudowane są w podłogę, więc mamy wrażenie, jakbyśmy siedzieli na ziemi. Reszta wygląda lepiej niż na Chmielnej, jednak smakowo są w kwestii Pho na drugim miejscu. Wydaje mi się, że podstawowa różnica to mniej esencjonalny bulion oraz skromniejszy zestaw świeżych ziół. Oba te elementy budują moim zdaniem “potęgę” Pho i ich niedobór źle wpływa na odbiór całości. Różnice te są jednak na tyle nieznaczne, że polecam ten lokal bez cienia wątpliwości. Obecnie remontowana jest fasada budynku, w którym mieści się DU-ZA MI-HA, więc wejście nie wygląda zachęcająco, jednak kelnerki, przeszkolone przez wietnamską właścicielkę, doradzają i namawiają z wdziękiem bliskim dalekowschodniemu bon-tonowi. Tu mamy możliwość zjedzenia Pho w dziesięciu odsłonach. Najciekawszych doznań dostarczyły mojemu podniebieniu propozycje z tatarem i z wołowiną w sosie winnym – tych w Toan Pho nie zjemy. Pierwsza dla zwolenników mocnego, męskiego rzekłabym, zestawu smaków, druga zaś – bardziej wyrafinowana i złożona.
Zastanawiam się właśnie nad dymiącą michą, co mnie tak naprawdę pociąga w Pho. Zespolenie smaków? Kombinacja doznań? Czy doskonałe połączenie świeżości ziół i esencjonalnego bulionu? Prostota, zawsze wygrywająca w kuchni? A może wszystko to jednocześnie?
Ewa Szafranowicz (tekst i zdjęcie Pho z Pho Toan)
Ps. 1
W zależności od użytych składników Pho ma różne odmiany i nazwy. Wyróżnia się ich około 20, z których najpopularniejsze to:
Pho bo tai – gdzie używa się pokrojonej w cienkie plastry polędwicy wołowej
Pho nam Bo – Pho z wołowiną ze steku krojoną w cienkie paski
Pho sach Bo – Pho z flakami, również z wołowiny
Pho bo Vien a – to Pho serwowane z kulkami wołowymi
Pho ga – wersja z kurczakiem
Pho tai – z dodatkiem surowego mięsa – „tatara” z polędwicy wołowej
Pho Tom – opcja z kawałkami krewetek
Pho Seafood - podawane z owocami morza
Pho vit quay – z kaczką po pekińsku
Ps. 2
Zupę Pho serwują również lokale sieci Sapaya.
Gotują nam ten los. Premiera filmu „Kucharze historii” 1 września 2010 r.

Kucharka Armii Radzieckiej interweniującej w Czechosłowacji w roku 1968 wróciła do domu z trzema kilogramami grzybów z okołopraskich lasów. Tego samego roku podała je rodzinie na święta. Peter Silbernagel jako jedyny przeżył zatonięcie łodzi podwodnej Hai w 1966 r.; obecnie jest wykładowcą w szkole dla kucharzy niemieckiej marynarki. Osobisty doradca żywieniowy Marszałka Tity dopasował swój gust kulinarny do gustu wodza i próbował wszystkich potraw, zanim trafiały one na stół jego mocodawcy. Do dziś żałuje, że następcy Marszałka mieli zdecydowanie bardziej siermiężne podniebienia.

Poczęstunek dla Marszałka Tity, kadr z filmu "Kucharze historii"
Tych i kilku innych „kucharzy historii”, na co dzień postaci drugoplanowych, Péter Kerekes umieścił w centrum uwagi. W słowacko-austriackiej koprodukcji powstał film, który spodobał się krytykom na wielu festiwalach i spodoba się tym, którzy interesują się kuchnią w kontekście cywilizacyjnym. Anegdoty, sentencje czy bon-moty kucharek, takie jak „życie to nie owsianka, nie ma na nie prostej receptury”, to nie wszystko, co Kerekes ma nam do zaoferowania. Zamiast tylko „przesłuchać” swoich bohaterów, reżyser zaproponował im odegranie ich własnych ról z przeszłości. Siekają, gotują, zbierają grzyby, chowają się za drzewami przed nieobecnym już nieprzyjacielem. Na oczach widza zażynają krowę i szlachtują świnię, krew leje się zupełnie jak na wojnie. A wszystko to w konwencji malarsko-surrealistycznej, której apogeum jest inscenizacja z udziałem wspomnianego już Silbernagla. Kucharz staje na plaży po kostki w wodzie, rozstawia stolik, butlę z gazem i smaży kotlety dla swoich nieżyjących już kolegów. Jest pora przypływu, poziom morza się podnosi; wreszcie warsztat pracy Silbernagla tonie.

Peter Silbernagel, jedyny ocalały z załogi zatopionej łodzi podwodnej Hai. Kadr z filmu "Kucharze historii"
Dzięki „ Ako sa varia dejiny” poznajemy ludzi, którzy czują się pełnoprawnymi uczestnikami historycznych wydarzeń. Gotując świadomie wpływają na kondycję żołnierzy. Z ekranu pada nawet stwierdzenie, że dobrze najedzeni żołnierze wysadzają w powietrze innych znacznie lepiej niż po zwykłym posiłku. Układając etniczne menu – jak w czasie obrad nad kształtem Jugosławii – kucharze dają wyraz dążeniom nacjonalistycznym – własnym i swoich mocodawców. Pokazują, że są nieodrodnymi synami swoich narodów. Kiedy przyglądamy się im bliżej, możemy czuć się usprawiedliwieni ze stereotypów kulturowych. Francuz jest wyrafinowany i przyjmuje nas w ogrodzie przy coq au vin. Cieszy się dniem dzisiejszym, traumę wojny w Algierii zamknął w szufladce pamięci. Rosjanka to szczera kobiecina, która w czasie wojny usmażyła z milion blińczyków. Niemiec uważa, że jego chleb jest najlepszy na świecie, a rubaszny Węgier tłumaczy radziecką interwencję zbrojną w 1956 r. upodobaniem Sowietów do węgierskich wędlin. Chorwat odmawia gotowania z Serbami i dla Serbów. A Żyd, który przemawia do widza zza ekranu telewizora, przyznaje się do wykalkulowanej zemsty na Niemcach. Zatrudniwszy się w piekarni zatruł chleb arszenikiem i w ten sposób zamordował kilkaset osób. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Przepisy w środku.
Ola Lazar
Oficjalna premiera kinowa filmu: środa 1 września 2010 r.
Premiera DVD: 17 września 2010 r.
Wybrane nagrody dla filmu “Kucharze historii”:
2010 – Nagroda dla „najlepszego dokumentu” na MFF w Sofii
2009 – Specjalne wyróżnienie jury nagrody głównej Millennium Award na 6. Planete Doc Review
2009 – Nominacja do Europejskiej Nagrody Filmowej w kategorii „Najlepszy film dokumentalny”
2009 – Vienna Film Prize na Viennale
2009 – Nagroda FIPRESCI na DOK Leipzig, International Leipzig Festival for Documentary and Animated Films
2009 – Golden Hugo Award na MFF w Chicago
2009 – Specjalna Nagroda Jury na HotDocs w Toronto
2009 – Visions du Réel International Film Festival, Nyon
2009 – Memorimage Award na Memorimage International Documentary Film Festival w Barcelonie
NA PREMIERĘ MARSZ! :)
Mamy dla Was 2 dwuosobowe zaproszenia na premierę filmu “Kucharze historii”!
Pokaz odbędzie się w środę 1 września 2010 roku w Kinie Muranów o godzinie 20:00.
Po projekcji organizatorzy zapraszają na lampkę wina i wojskową grochówkę.
Zgłoszenia przesyłajcie na adres justyna.kozlowska@gastronauci.pl. W temacie maila wpiszcie: Kucharze historii – wjemy.pl. Podajcie też swoje imię i nazwisko oraz kontaktowy numer telefonu.
Ze zdobywcami zaproszeń skontaktujemy się mailowo.
Czekamy. Kto pierwszy ten lepszy!
24.08.2010, godz. 13:25
Rozdaliśmy już zaproszenia!
Z ich zdobywcami skontaktujemy się mailowo.
Jutro Gruczno
Gruczno stało się marką. Nazwa miejscowości w Dolinie Dolnej Wisły u amatorów prawdziwego jedzenia wywołuje jedno skojarzenie: Festiwal Smaku!

Festiwal Smaku Gruczno, edycja 2009, fot: materiały organizatora
Pierwszy odbył się w 2006 roku, a w sobotę startuje jego piąta edycja. Nie wiem czy należy jeszcze kogoś namawiać na wybranie się do tego urokliwego miejsca, bo już w zeszłym roku impreza ściągnęła nieprzebrane tłumy zwiedzających. Przy okazji Festiwalu w Grucznie można zrobić zapasy ekologicznych miodów pszczelich, miodów pitnych, wędlin, olejów (nie mylić ze śródziemnomorskimi oliwami), serów zagrodowych i niecyganionych oscypków czy chleba na zakwasie.
W tym roku będą też pokazy wirowania miodu, lania świec z wosku, sprzętu pszczelarskiego, wypasu owiec z udziałem psów pasterskich, pokaz pracy koni pociągowych i wiele innych. Będą konkursy, turnieje, degustacje. Szczegóły znajdziecie na stronie www.festiwalsmaku.pl.
Do zobaczenia!
PS.
Przyjedźcie na miejsce jak najwcześniej, bo im później, tym trudniej zaparkować
Arbuz jest dobry na… Wiadomość ważna dla Panów oraz Pań!
Szczyt sezonu arbuzowego mamy już za sobą, ale kawony (jak brzmi polska nazwa arbuza) nadal można kupić w wielu sklepach. Poniżej zamieszczamy artykuł Katarzyny Błażejewskiej (StudioDietetyki.pl) o mało znanych właściwościach arbuzów.
—–
Arbuz zamiast viagry!
Wszyscy wiemy, że arbuz jest smaczny i fantastycznie gasi pragnienie. Od niedawna wiadomo również, że mężczyźni powinni arbuza zażywać dla ogólnej sprawności i przyjemności :).
Zacznijmy od podstaw fizjologii. Erekcja jest efektem wypełnienia się krwią ciał jamistych i ciała gąbczastego prącia, natomiast dopływ krwi możliwy jest dzięki odblokowaniu tętnic poprzez rozkurcz mięśni gładkich w penisie. Dzieje się tak pod wpływem tlenku azotu (NO) – gazu produkowanego przez komórki nerwowe w momencie pobudzenia seksualnego.
Na skutek stresu, napięcia psychicznego czy zaburzeń hormonalnych u części mężczyzn produkcja NO jest zbyt słaba, aby utrzymać erekcję. Sildenafil (znany pod nazwą handlową – Viagra) zmniejsza ilość enzymu rozkładającego tlenek azotu, stąd jego wyższa ilość w prąciu i dłużej utrzymujący się wzwód. A co ma do tego wszystkiego arbuz? Otóż arbuz jest świetnym źródłem cytruliny, z której powstaje arginina – a z niej tlenek azotu. Więc im więcej arbuza, tym więcej NO (tlenku azotu) i tym mniejszy problem z utrzymaniem wzwodu!
Jak wynika z badań opublikowanych w czasopiśmie „Nutrition“ spożywanie ~750 g soku z arbuza dziennie, przez 3 tygodnie, zwiększyło stężenie argininy we krwi o 12%!
Ale arbuz, którego polska nazwa brzmi kawon, to nie tylko źródło męskości!
Fantastycznie zaspokaja pragnienie w upalne letnie dni, a przy tym dostarcza niezbędnych przeciwutleniaczy. Zawiera dość dużo witaminy C, likopenu oraz cytruliny – substancji, które chronią przed wolnymi rodnikami i niekorzystnymi zmianami w DNA spowodowanymi utlenianiem i peroksydacją tłuszczy. Ochrona przed wolnymi rodnikami jest podstawową metodą spowalniającą proces starzenia. Nawadnienie – kolejną. Arbuz w 95% składa się z wody, dlatego śmiało można rzec, że jest owocem młodości. Ponadto jest niskokaloryczny (100 g ma tylko 36 kcal). Arbuz jest całkiem niezłym źródłem żelaza (w prawdzie niehemowego, a więc gorzej wchłanialnego niż z produktów pochodzenia zwierzęcego) oraz miedzi, a także witamin A i B6. Jego skład powoduje bardzo korzystny wpływ na nasz układ odpornościowy – arginina jest nawet składnikiem preparatów odżywczych regulujących odporność tzw. immunonutrition.
Arbuza stosuje się często w kosmetyce, ze względu na jego właściwości tonizujące i ściągające. Działa bakteriobójczo, dzięki czemu pomaga w gojeniu się ran i tzw. zajadów. Dlatego jest również polecany do stosowania w formie maseczek.
Jedzcie więc arbuza – na zdrowie, młodość i …. dla ogólnej przyjemności ;).
Piszemy, że napisali (18.08.2010)
Wjemy miało nie-zapowiedzianą, nie-planowaną, ale jak się okazało również nie-uniknioną przerwę wakacyjną, którą niniejszym kończymy. Wracamy i zaczynamy od prasówki, która miejscami mrozi krew w żyłach.
- Przerażające doniesienia opublikowało wczoraj Życie Warszawy. W podziemiach Dworca Centralnego znajdowała się nielegalna hurtownia mięsa na kebaby, które trafiały do punktów sprzedaży prawdopodobnie w całej Warszawie. Więcej informacji w tekście Dworzec Centralny stał na bombie z kebaba
- Unia Europejska dofinansuje fabrykę białego proszku znajdującą się w Bydgoszczy. Wbrew pozorom jest to informacja kulinarna, bowiem magiczny wszystkomogący biały proszek to – w zależności od kompozycji ingrediencji – baza to produkcji gofrów, lodów, placków ziemniaczanych, pączków i sosów. I tylko nam żal, że 2,5 mln złotych zamiast do producenta prawdziwej żywności trafi do wytwórcy przemysłowych substytutów. Więcej w artykule Magiczny biały proszek, który podbija świat
- Pijemy mniej wódki. Ale więcej wina. Piwo nadal na pierwszym miejscu. A przynajmniej tak powiedzieliśmy ankieterom CBOSu, bo wszelkie padające w artykule wartości liczbowe opierają się na deklaracjach (!) respondentów. Szczegóły znajdziecie w artykule Picie po polsku: już nie wódka, tylko piwo i wino, raczej z umiarem
- Gazeta Wyborcza proponuje czytelnikom udział w plebiscycie kulinarnym na regionalne potrawy i specjalności pod dźwięcznym tytułem Polska Je Je Je. Z niejaką ulgą odnotowaliśmy, że na liście warszawskich specjałów-uczestników plebiscytu jest jednak pączek od Bliklego (data publikacji: 2010-08-16, ostatnia aktualizacja 2010-08-18 11:25*), który zastąpił pączka z cukierni Słodki… Słony… (data publikacji: 2010-08-17, ostatnia aktualizacja 2010-08-17 10:24*). Rzeczoną cukiernię Magdy Gessler bardzo lubimy, ale pączki od Bliklego wydają nam się daleko bardziej zakorzenione w warszawskiej tradycji kulinarnej.
- I na koniec nasz ulubiony temat czyli “lanie wody” przez producentów wód butelkowanych. Tym razem o zjawisku napisała Polityka w tekście pt. Hydrozagadka – drugie dno butelki z wodą. Przypominamy też o wywiadzie z degustatorem wody kranowej, który przeprowadziliśmy w maju 2010.
*dane ze strony gazeta.pl aktualne na chwilę publikacji niniejszej notki
„Kuchnia Franceski” Petera Pezzelliego – idealna lektura na lato
Autor książki to Amerykanin z włoskimi korzeniami – jego „Dom w Italii” bardzo szybko stał się bestsellerem w Stanach Zjednoczonych. Zachęcony sukcesem Pezzelli napisał kolejną książkę. „Kuchnię Franceski” jego autorstwa w tłumaczeniu Elżbiety Zychowicz przygotowało na lato dla swoich czytelników Wydawnictwo Literackie. Historia w niej przedstawiona jest bezpretensjonalna i wprost idealna na rozpoczynające się właśnie wakacje.
Główna bohaterka, tytułowa Franceska, to wdowa w wieku balzakowskim mieszkająca w Rhode Island. Jej dzieci porozjeżdżały się po kraju w poszukiwaniu „lepszego życia”, rzecz w USA powszechna. Franceska mieszka więc samotnie w rodzinnym domu i nie może odnaleźć sensu życia w swojej codzienności. Włoszka, która nie ma dla kogo gotować to chyba najsmutniejszy z możliwych scenariuszy życiowych. Dlatego kobieta postanawia w tajemnicy przed dziećmi i na przekór radom przyjaciółek zostać… nianią. Jej podopieczni, 10-letni Willi i 12-letnia Penny, to dzieci typowej pracującej samotnej mamy. Loretta i jej rodzina początkowo nie mogą przekonać się do zdecydowanie nie pasującej do ich stylu życia Franceski. Ale to dzięki niej z czasem zaczynają odkrywać, co w życiu jest naprawdę cenne. Wzajemne poznawanie i zbliżanie się do siebie bohaterów ma miejsce na nieco zaskakującym, ale jak się okazuje idealnym terenie – czyli kuchni.
Franceska wyznaje i wciela w życie zasadę, że ciepłe ciasteczka i zimne mleko powinny być podstawowymi składnikami dziecięcego menu. Pamięta też, że wszystkie dzieci, z którymi miała kiedykolwiek do czynienia, lubiły spaghetti i klopsiki oraz kruche ciasteczka z czekoladą. Te dwa kulinarne patenty zaskarbiają jej miłość podopiecznych i wdzięczność ich matki. Praca u Loretty staje się dla starszej Pani sposobem, by nie stracić chęci do życia.
W książce, która nie jest może pozycją wybitną i raczej nie na długo zapada w pamięć, jest kilka smaczków i naprawdę urokliwych fragmentów. Należą do nich na przykład opinia Franceski na temat mężczyzn, którzy przyjeżdżają po kobietę 10 minut przed czasem czy jej rozmowy z księdzem Buontempo podczas spowiedzi. W pełni zgadzam się też z bohaterką, że idealny mężczyzna nie istnieje, ale taki, który lubi jeść i potrafi się cieszyć drobiazgami wart jest zainteresowania. Dużą zaletą warsztatu autora jest rozwój postaci. Poznając je lepiej czytelnik zaczyna rozumieć wiecznie zapracowaną Lorettę i ciut apodyktyczną Franceskę. Niestety uważam, że opisy przygotowywanych potraw nie są tak apetyczne jak powinny. Nie wiem czy to braki w warsztacie tłumacza, czy coś innego, ale „ślinka nie cieknie” gdy przyglądamy się gotującej bohaterce. Książka jednak doskonale sprawdzi się na plaży, w podróży czy przy kawiarnianym stoliku. Mówi o zwycięstwie tego, co w życiu najistotniejsze czyli miłości, rodziny i …dobrej kuchni.
Ewa Szafranowicz
„Julia Child. Moje życie we Francji” – biografia kobiety o niezwykłym apetycie na życie
Autobiografia Julii Child, długo oczekiwana przez wielbicieli, w tłumaczeniu Anny Sak jest już dostępna w naszych księgarniach dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Jej publikację zapowiadaliśmy na wjemy.pl na początku kwietnia tego roku.
Opowieść snuta przez niesamowitą kobietę a spisana przez jej przyszywanego wnuka (jego dziadek był bratem Paula Childa – męża Julii) Alexa Prud’homme zawładnęła mną całkowicie. Historia znana mi doskonale z rewelacyjnego filmu „Julie i Julia” w reżyserii Nory Ephron z niezapomnianą kreacją Meryl Streep to tylko cząstka tego, co opowiedziane zostało w książce. Co jest oczywiste bo film trwa dwie godziny a bohaterka spędziła we Francji kilka lat. Dzięki tej książce czytelnik ma możliwość rozsmakowania się w domowej kuchni francuskiej, zwanej “cuisine bourgeoise”, różniącej się od “haute cuisine”, z której znamy Francję.
Kobieta pochodząca z domu gdzie kulinarna tradycja to „tłuste, pieczone kurczaki z maślanym puree ziemniaczanym i szpinakiem w śmietanie, mocno poprzerastanym tłuszczem befsztykiem z polędwicy (..) nieodmiennie w towarzystwie dwóch sosów: brązowego i miętowego” trafia do świata najdoskonalszego z możliwych dla smakosza – do Francji. Jak sama o sobie pisze: „Byłam dużą, mierzącą 187 cm, trzydziestosześcioletnią, wygadaną i niezbyt poważną Amerykanką. Z okienka mojej kajuty Francja wyglądała jak ogromny znak zapytania”. Ale podczas pierwszej kolacji w normandzkiej restauracji „La Couronne” znak zapytania zmienił się w wykrzyknik. Julia zaczęła się zakochiwać w „La belle France”. A ja razem z nią.
Prud’homme znakomicie przedstawia tło historyczne: lata powojenne w Europie, maccartyzm w USA, a także kulturowe różnice pomiędzy Francuzami a Amerykanami. Julia kochała przede wszystkim dobre jedzenie, więc potrafiła docenić doskonały smak poziomek, świeże ryby w Norwegii czy ciemne niemieckie piwo i typowe dla tamtejszej kuchni kiełbaski. Kuchnia francuska, ta „cuisine bourgeoise”, uwielbiana była przez nią za to, „że potrafiła rozwijać w nieskończoność, jak się zdawało, liczbę wariacji”.
W książce mnóstwo jest smakowitych opisów rzeczy i sytuacji, które nie mają bezpośredniego związku z kulinariami – jedzeniem czy gotowaniem. Jeden z moich ulubionych to opis przepełnionej bibelotami ściany w wynajmowanym prze Julię paryskim mieszkaniu, którą to ścianę porównuje do placka usianego gęsto śliwkami.
To pozycja do której chce się wracać bo bije z niej życiowa energia. Stwierdzenie Julii Child, że w życiu po prostu „świetnie się bawili” należy zapisać sobie na post-it i zerkać zawsze gdy ma się gorszy dzień. Film przedstawił nam w dużym skrócie drogę od tego kim Julia była, do tego kim się stała czyli „ikoną popkultury” – pierwszą naprawdę gotującą Amerykanką. Dzięki książce możemy dowiedzieć się więcej – zobaczyć jej wzloty i upadki – i w pełni docenić upór i chęć życia tej niebanalnej kobiety.
Muszę przyznać, że tłumaczenie pani Anny Sak jest świetne. Dzięki niemu nie umykają nam w najmniejszym stopniu niuanse kulinarne, nie tracą też na smaku anegdotki z życia państwa Childów. Brakuje mi jednak podpisów do każdego z prezentowanych w książce zdjęć autorstwa Paula Childa. Nota bene doskonałych zdjęć od strony artystycznej. To na którym uwiecznił ich pomoc domową zwaną „szaloną Jeanne” jest genialne.
Drogi czytelniku, nie musisz lubić kuchni francuskiej aby docenić zauroczenie nią Julii. To książka o prawdziwej pasji, cudownej miłości dwojga ludzi i odkrywaniu sensu życia, a może raczej o tym jak znaleźć szczęście i nigdy go od siebie zbyt daleko nie wypuścić. Czasem w życiu zdarzają się nam różne rzeczy (choćby kurczak wyślizgujący się z rąk czy zawartość patelni spadająca na podłogę), ale nigdy nie należy tracić zimnej krwi. Podobnie jak nie wolno rozpamiętywać przeszłości i należy cieszyć się chwilą. Tego właśnie nauczyła mnie Julia w swojej autobiografii.
„Nie gotujący uważają, że to idiotyzm poświęcać dwie godziny gotowaniu, żeby mieć dwie minuty przyjemności – ale skoro gotowanie jest ulotne, tym samym jest balet.”
Ewa Szafranowicz
Święto Wina w Janowcu – odwołane
Wiadomość z ostatniej chwili: Z powodu powodzi i lokalnych podtopień Święto Wina w Janowcu, które miało odbyć się w nowym terminie czyli 26 czerwca 2010 r., zostało definitywnie odwołane.



